Technologie w nadmiarze outsourcują i zjadają mózg

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Problem z nowoczesnymi, czy też cyfrowymi technologiami polega na tym, że coraz bardziej odcinają nas od rzeczywistości, zamiast nas do niej przybliżać. I nie, nie jest to narzekanie z cyklu „jak kiedyś fajnie było iść nad rzekę i cały dzień szorować jedną parę spodni na kamieniach, a teraz te głupie pralki automatyczne odbierają nam całą przyjemność z obcowania z naturą”. Raczej konstatacja, na którą wskazuje coraz więcej psychologów, neuronaukowców, czy socjologów – technologie, zamiast służyć człowiekowi, zamieniają go w swojego niewolnika. Co szkodzi jemu, jego otoczeniu i oczywiście firmom, w których pracuje, bądź którymi zarządza.

Podczas konferencji Global Peter Drucker Forum w listopadzie 2015 zwracano uwagę chociażby na menedżerów i na to, że jedyną prawdziwą rzeczą, z jaką mają kontakt są myszki, klawiatury, tablety i smartfony. Bycie menedżerem nigdy nie było łatwe, przygotowanie planu działań i jego konsekwentna realizacja rzadko przypominało cukierkowe historie z happy endem opowiadane na szkoleniach z zarządzania czasem, ale niestety, technologie, zamiast temu zapobiec, wzięły wszystko, co utrudniało menedżerom życie i spotęgowały to tysiąckrotnie. W efekcie praca menedżera z trudnej do uporządkowania stała się gorączkowa, chaotyczna i szalona. Brak czasu na refleksję oraz nieustanne przełączanie się między wykonywanymi zadaniami (zwane dla niepoznaki multitaskingiem) ogranicza nie tylko otwartość, gotowość na eksperymentowanie, ale prowadzi również do błędów. Wiele badań pokazuje, że korzystanie z nowoczesnych technologii w trakcie prowadzenia samochodów znacząco zwiększa ryzyko wypadków drogowych.

Ile takich wypadków „drogowych” ma miejsce na co dzień w firmach i jakie są ich koszty?

O nowoczesnych technologiach, smartfonach i smartwatchach, mówi się, że zwiększają naszą samoświadomość i produktywność – liczymy kroki, używamy planerów i przypominajek, poszukujemy coraz to nowych „hacków”, które pomogą nam oszukać nasz mózg i sprawić, byśmy lepiej wykorzystywali jego potencjał. W praktyce ten pęd do samoświadomości coraz bardziej odcina nas od samych siebie – chociażby dlatego, że rzadko dopuszcza on zwyczajną, niekontrolowaną, luźną rozmowę z innym człowiekiem jako sposób na lepsze poznanie siebie. Rozmowa, na co wskazuje Sherry Turkle, autorka książki „The Power of Conversation” jest często postrzegana nie tylko jako strata czasu, ale wręcz zagrożenie – właśnie ze względu na to, że nie da się jej kontrolować i trudno przewidzieć na wstępie jej efekty.

Prof. Turkle w swojej książce (i w trakcie swojego wystąpienia w trakcie konferencji), zwróciła uwagę na to, że coraz więcej osób, zamiast się spotkać lub przynajmniej zadzwonić, woli napisać maila – jako przyczynę wskazując często na fakt, że mogą wówczas w idealny sposób sformułować myśli i mogą oczekiwać odpowiedzi sformułowanej w podobny, idealny sposób. W pewnym sensie takie zachowanie jest ucieczką od spontaniczności i nieprzewidywalności, ucieczką od bezbronności, która za tym idzie.

Skoro angażujemy się w wyłącznie kontrolowane i przewidywalne interakcje, jak chcemy dowiedzieć się czegoś nowego na swój temat? To nie jest zwiększanie samoświadomości, tylko międlenie w kółko tego samego.

Nic dziwnego, że nagle, zwyczajne ludzkie interakcje stają się luksusem i wielkim odkryciem – na tyle wielkim, by oczywiście zrobić z tego prawdziwy amerykański interes (jak opisuje to chociażby Agnieszka Jucewicz w jednym z ostatnich artykułów z Magazynu Świątecznego, są menedżerowie, którzy płacą ciężkie pieniądze i lecą wiele godzin, by przespacerować się po parku i porozmawiać).

Geoff Colvin wtóruje prof. Turkle – w swojej książce, “Humans are Underrated”, przytacza wyniki badań, które pokazują, jak stałe obcowanie ze smartfonami, tabletami, komputerami, przyczynia się do dramatycznego spadku umiejętności empatii, zwłaszcza u dzieci i młodzieży. Z jednej strony nasz gatunek jest „zaprogramowany” na empatię (to ewolucyjnie zadecydowało o jego przeżyciu), z drugiej strony, ze względu na wszelkiego rodzaju współczesne „przeszkadzajki” coraz rzadziej ma okazję do jej praktycznego wykorzystania i treningu. Efektem są młodzi i niemłodzi pracownicy, którzy nie potrafią rozmawiać, nie potrafią ze sobą współpracować, konflikt chcieliby rozwiązać trikiem albo jakimś tipem, i coraz rzadziej zdolni są do jakiejkolwiek pracy z klientem.

Jak będą funkcjonować w świecie, w którym to klient zajmuje centralne miejsce?

I niech Was nie zwiodą swoją nazwą „media społecznościowe” – one ze społecznością, jak dowodzili paneliści w trakcie GPDF , niewiele mają do czynienia. Owszem, umożliwiają w prosty sposób łączenie ludzi, którzy i tak już się znają, ale nie ma wyraźnych dowodów na to, że mogą pomóc stworzyć społeczność o takich cechach, jakie charakteryzują społeczności „w realu”. Trudno o prawdziwą współpracę i prawdziwą innowację w takich warunkach – co wie każdy, kto pracuje w rozproszonym zespole, i wie, że, by stało się inaczej, menedżer takiego zespołu oraz jego członkowie muszą włożyć ogromny wysiłek i spore zasoby, czy to finansowe, czy czasowe, w rozwinięcie w takim zespole prawdziwych relacji, będących bazą dla prawdziwego zaufania. Mimo to, sporo osób popełnia ten błąd uproszczenia, zakładając, że skoro są connected, to i tworzą coś wspólnego. Dlatego też poświęcają na tę czynność sporo czasu (tworząc autoprezentacyjne awatary, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością), ale coraz rzadziej naprawdę się ze sobą komunikują. Czego oczywiście koronnym dowodem są spotkania towarzyskie ze smarftonem w ręku, albo chociaż na stole. Według badań Sherry Turkle, 89% Amerykanów wyjęło w trakcie rozmowy smartfon, a 82% uważa, że sama obecność telefonu pogorszyła jakość rozmowy.

O jakiej zresztą rozmowie tu mówimy, skoro większość towarzystwa zajęta jest szukaniem dobrego ujęcia dla stygnącego kotleta na talerzu?

Bez autentycznej rozmowy i autentycznej relacji z niej wynikającej nie ma, jak wspomniałam, zaufania i współpracy, od których w organizacjach zależy chociażby to, jak wiele czasu musimy poświęcić na przekonanie innych do swojego pomysłu, albo na zdobycie od nich potrzebnych nam informacji. Nie ma też kreatywności – skąd niby mielibyśmy czerpać nowe perspektywy? Nowoczesne technologie, bez odpowiedniego, nazwijmy to reżimu wiedzowego, oferują jedynie złudzenie nieograniczonego dostępu do informacji – w rzeczywistości większość treści jest przez nas świadomie lub nie dostosowana, czy jak się brzydko mówi – skastomizowana. W mediach społecznościowych pozostajemy w kontakcie z ludźmi podobnymi do nas (stylem życia, poglądami), wyszukiwarki, na bazie algorytmów karmionych naszą dotychczasową historią wyszukiwania, wypluwają przemieloną papkę, zazwyczaj ze źródeł o wątpliwej wiarygodności, za to świetnie wypozycjonowanych. Tak jak w realu, nie ma tu miejsca na przypadek i spontaniczność.

Dodajmy do tego wspomniany już brak czasu i przestrzeni na pogłębioną refleksję, i mamy rosnącą rzeszę często wykształconych ludzi o wyoutsourcowanych mózgach.

Źle to wróży naszym społeczeństwom, skoro zbudowane są z ludzi o zanikających umiejętnościach współpracy.

Źle wróży organizacjom, które tylko pogłębiają ten problem, standaryzując i automatyzując co się da, a które prędzej czy później będą skonfrontowane z koniecznością zaspokajania w niestandardowy sposób niestandardowych, ale prawdziwych potrzeb prawdziwych klientów.

Źle wróży obecnym i przyszłym menedżerom, których umiejętności leadershipowe coraz bardziej przez technologie kuleją, a które będą coraz bardziej niezbędne, by na nowo nauczyć empatii pracowników.

Źle to wreszcie wróży każdemu z osobna: bycie cyfrowym zombie z wyoutsourcowanym mózgiem wśród innych zombie, to, prawdę mówiąc, nie jest żadna przyjemność.

 

zombies

Ale to nie jest tak, że jesteśmy w tym cyfrowym świecie całkowicie bezbronni i zdani na łaskę tych nieznośnych maszyn. Telefony i komputery nie oblepiają nas wbrew naszej woli niczym jakieś złowieszcze magnesy z filmów klasy Z, to my sami po nie sięgamy. Dlatego co jakiś czas, czy to w życiu zawodowym (czy przy organizowaniu innym pracy, czy przy projektowaniu nowych usług, rozwiązań), czy to w życiu osobistym, proponuję zadać sobie pytanie: „Kto tu jest dla kogo? Technologia dla mnie, czy ja dla technologii?”

Źródło ilustracji: Matthew G