Czy ograniczenie maili od szefa to skuteczne narzędzie w walce z wypaleniem zawodowym?

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

„Francuzi nie muszą odpowiadać już na maile od szefa po godzinach pracy!” – takie nagłówki ogłaszały wprowadzenie nowego prawa we Francji z początkiem 2017 roku. W dużym skrócie – nowa ustawa „O zatrudnieniu” reguluje korzystanie z urządzeń cyfrowych w firmach większych niż 50 osób i daje pracownikom „prawo do odłączenia” poza godzinami pracy. Nie jest to przełomowa rewolucja – podobne próby ustawowego wprowadzenia „work-life-balance” pojawiały się we Francji już wcześniej. Cel jest i był zawsze ten sam – walka z wypaleniem zawodowym, które według niektórych statystyk dotyczy ok. 12% pracujących Francuzów.

Przy takich okazjach nachodzi mnie zawsze refleksja – „ciekawe rozwiązanie, ale czy to wystarczy?”.

Lektura wywiadu z prof. Karlheinzem Greißlerem, zajmującym się badaniem czasu i jego wpływem na ludzi, tylko utwierdziła mnie w tym, że przyczyn wypalenia zawodowego należy jednak przede wszystkim upatrywać w naszej kulturze, w naszym społeczeństwie, a przede wszystkim w nas samych. I to tam powinniśmy szukać odpowiedzi na to, jak ten stan burn-outu pokonać. Cóż, nie brzmi to rewolucyjnie, nie wywoła na pewno też gorących dyskusji w komentarzach opartych na wzajemnym obrzucaniu się inwektywami w stylu „leniwe komuchy, które chcą wszystko regulować” vs. „obrzydliwi kapitaliści, którzy chcą wszystkich wyzyskiwać”. Niestety, albo i całe szczęście.

Prof. Greißler, który doradza największym niemieckim koncernom właśnie w kwestiach czasu, uważa, i tu szczególnie zwracam uwagę osobom zalatanym, którym ledwo udało się znaleźć chwilę na lekturę tego artykułu, że

czasu wcale nie jest współcześnie za mało, czasu jest zawsze tyle samo i płynie zawsze tak samo, tylko my, upychając w niego coraz więcej, mamy za dużo do zrobienia i tak powstaje nasze poczucie zabiegania.

To, co potocznie nazwałam „upychaniem”, niekiedy przyjmuje ekstremalne formy w postaci postanowień noworocznych, list celów, „list to-do”, planów wspomaganych aplikacjami. Nie bierze się to z niczego – akurat żyjemy w społeczeństwie (i gospodarce) zorientowanym na stały wzrost, ekspansję, przyspieszenie.

Prof. Greißler w wywiadzie mówi o tym, że wynalezienie zegarów początkowo dało ludziom wolność wynikającą z panowania nad czasem, która, o ironio, z czasem przekształciła się w niewolę wynikającą z poczucia, że to czas panuje nad nami. Inaczej: to w wynalezieniu zegara (a nie maszyny parowej) prof. Greißler upatruje początków kapitalizmu, o którego niedoskonałościach napisano już sporo. Dlatego w myśl zasady „time is money” każda minuta życia człowieka została zmonetyzowana – również sen. Dość wspomnieć o przerażających i niestety stale powracających inkarnacjach pomysłu stworzenia urządzenia, które będzie monitorować rytm naszego snu i budzić nas, gdy wejdziemy w jego najbardziej produktywną fazę. Nic dziwnego, że wszyscy mamy poczucie życia pod ciągłą presją.

Czy jednak naprawdę każda minuta naszego życia musi coś znaczyć? (Oczywiście, że tak, wystarczy zapoznać się z nagłówkami portali i gazet mniej i bardziej poważnych – „Tylko podczas rozkładania leżaka Beyonce zarobiła tysiące dolarów!” Bo kto nie chciałby rozkładać sobie leżaka w środku zimy i zarabiać przy tym tysiące dolarów?)

Czy jednak „żyje się tylko raz” (YOLO), by być bardziej produktywnym i efektywnym?

Ta presja czasu jest jeszcze dodatkowo potęgowana przez presję wyboru, którą dają nam najnowsze technologie. Teraz w jednej chwili możemy pracować, utrzymywać relacje z przyjaciółmi, zdobywać nowe informacje oraz zamawiać 3 zgrzewki wody w Tesco Online. Jeśli tego nie robimy, narasta w nas poczucie winy, że jesteśmy niewystarczająco efektywni, że jesteśmy leniwi, że zostajemy z tyłu (gdzie już czekają na nas coachowie produktywności,, którzy pomogą nam zhackować nasze mózgi, więc poczuciu winy towarzyszy zrozumiały strach, bo kto by chciał, żeby ktokolwiek dłubał przy jego mózgu, a już tym bardziej go hackował).

Prof. Greißler zauważa, że nie jesteśmy zdolni do tego, by udźwignąć tyle możliwości. Czujemy się winni natomiast dlatego, że powszechnie nie mówi się o tym, że taka coraz większa wolność  wyboru ma swój koszt –  idzie za nią coraz większa odpowiedzialność. Na marginesie: wskazane jest przy tym zastanowienie się, czy rzeczywiście jest to przejmowanie odpowiedzialności, czy może symulowanie jej własnym zalataniem, bo to pierwsze może być jeszcze ewentualnie produktywne, ale męczące, a to drugie jest już tylko męczące. Rozwój osobisty, samoorganizacja, samorealizacja, kariera, zdrowy tryb życia – współcześnie nie ma chwili spokoju, trzeba non stop decydować, nic dziwnego, że wielu ma problemy z zabieganiem i coraz częściej popada w paraliż i stupor.

Pozornym ratunkiem wydają się być szkolenia z zarządzania czasem, które kładą nacisk na upchanie jeszcze większej ilości zadań, pod pozorem priorytetyzowania, które koniec końców nic nie daje, bo starannie unika odpowiadania na pytania „po co?” i „dlaczego?” w całościowym kontekście człowieka.

Na poziomie organizacyjnym również widać ten obłęd – komputery handlujące akcjami w ułamku sekundy (time is money!), fuzje z łapanki, bo musi być wzrost, a jeśli tego wzrostu nie ma – raport ze złymi wynikami kwartalnymi i bum – redukcja kosztów, reorganizacja. I znowu – paraliż decyzyjny.

Na styku tych dwóch płaszczyzn – indywidualnej i organizacyjnej widać wreszcie niepojęty fenomen osób, dla których narzekanie na brak czasu jest symbolem statusu. Pieniądze wszak nie znają słowa dość, postęp – nie zna słowa dość, dość zazwyczaj mówi im organizm, którego rytm nie jest nijak uwzględniany. I to “dość” organizmu nazywane jest wypaleniem.

Sami takim podejściem kradniemy sobie czas. Jeden z psychologów nazywa to „syndromem rekina”, który musi się cały czas ruszać. Tylko, że człowieka od rekina odróżnia to, że nauczył się „nic nie robić”.

Dlatego obawiam się, że czas wolny, który ma rzekomo uwolnić „prawo do odłączenia”, może być szybko zapełniony scrollowaniem, klikaniem, oglądaniem i wreszcie… wyczerpaniem.

Sama regulacja państwowa nie wystarczy – sami powinniśmy przejąć odpowiedzialność za to, żeby nie przejmować za dużo odpowiedzialności (zwłaszcza w sprawach, które na dłuższą metę za wiele nam w życie nie wniosą) i pozwolić, by nasz czas, posiłkując się metaforą Greißlera, był jak ser – pozwólmy, żeby miał dziury i żeby swobodnie przewiewało przez niego powietrze. Świeże powietrze jeszcze nikomu nie zaszkodziło.