6 komentarzy

  1. J
    21 lipca 2011 @ 08:50

    Nareszcie powstało miejsce do dyskusji na tematy związane z kulturą korporacyjną, zaangażowaniem i komunikacją wewnętrzną. Z tego co wiem, pierwsze w Polsce!

    Reply

  2. Monika Matak
    21 lipca 2011 @ 10:21

    Korporacja jest jak dieta. Stosowana rozsądnie przynosi znakomite efekty, ale też uzależnia często powodując zawodową anoreksję lub inne zaburzenia. A wtedy pojawia się chęć wbicia zębów w przyziemną pajdę chleba ze smalcem. Problem w tym, że organizm, który odwykł od takich specjałów słabo radzi sobie z nowym smakiem, z czego mało kto chce zdawać sobie sprawę.
    W kupionym niedawno piśmie wnętrzarskim czytałam opis 3 pięknych siedlisk prowadzonych przez byłych pracowników korporacji. Zapierające dech w piersiach opisy sielskiej przyrody i codziennych zapachów, z pieczołowitością godną restauratora zabytków odnowionych wiejskich chat czekających na spragnionych oddechu gości. Co z tego, skoro we wszystkich 3 przypadkach właściciele i tak żeby przeżyć dorabiają w trochę mniejszych i bardziej lokalnych ale jednak korporacjach, bo okazało się, że ci, których jeszcze korporacyjna dieta nie doprowadziła na skraj wyczerpania zwyczajnie nie mają czasu na oddech, albo właśnie sami marzą o swoim chlebie ze smalcem.
    No dobrze, ale czy jest na to jakaś złota rada?
    1)Po pierwsze: równowaga. Ponad 60 % pracowników w badaniach pracowniczych deklaruje, że brak im równowagi pomiędzy pracą a życiem osobistym. Jeśli choć część z nich zechce uciec na wieś to za chwilę zabraknie siedlisk (trzeba się spieszyć :))
    2)Po drugie: wspomniana wyżej (samo)refleksja czyli określenie czym jest mój smalec . Naprawdę jest wiele dziedzin życia, w których doświadczenie korporacyjne jest na wagę złota i nie koniecznie jest to branża hotelarska. Poza tym czasem wystarczy poszukać w znanym sobie środowisku korporacyjnym innych możliwości rozwoju, innego stanowiska, innego działu czy zespołu.
    No cóż, ja należę to tych 60 %, którym nie udało się zachować równowagi, ale przynajmniej dobrze wiem czym jest mój chleb ze smalcem 🙂

    Reply

  3. m
    21 lipca 2011 @ 12:04

    hmmm…. a ja od już kilkulkunastu lat pracuję w pocie czoła, biegam, często nie spię, aby podązyć za zmianami na rynku, czy nie daj Boze! nie przespać ich, zeby mój obecny pracowdawca osiągnąl sukces…ufff! ale…. w międzyczasie od tych kilkunastu lat tłumię w sobie swoją wewnętrzną pasję dekorowania i aranżacji wnętrz, która im ja starsza tym bardziej przybiera na sile. I nie wynika to z braku równowagi, ale bardziej z poczucia obowiązku. I tak Ci trzej panowie, którzy wyrwali się z codziennego kieratu korporacji i uciekli na łono natury, aby podawać kanapki ze smalcem, ja uciekłabym na koniec Polski, gdzie storzyłabym urokliwe miejsce, tetniące życiem, na tyle, że nie musiałabym “dorabiać” i mogłabym w wygodnym fotelu w kratę, z pachnacą kawą w dużym kubku, z widokiem na horyzont prowadzić dyskusje w tak fajnym miejscu jak blog GFMP, który własnie powstał 🙂

    Reply

    • Monika Matak
      21 lipca 2011 @ 17:23

      w takim razie życzę, aby jak najszybciej egoizm wziął górę nad poczuciem obowiązku :))

      Reply

  4. Marta Gucwa
    22 lipca 2011 @ 10:30

    Czytając ten temat i wpisy uśmiechnęłam się do siebie ciepło. Kilka lat temu spełniłam swoje ogromne marzenie posiadania własnej knajpki. Miała ona być moją alternatywą na korporacyjne bezsensy i nielogiczności. Wszystko przeprowadziłam bardzo “obowiązkowo” 🙂 próbując połączyć marzenie z brutalną rzeczywistością podatków, kradnących pracowników (nie mogłam uwierzyć, gdy wykładowca z zarządzania gastronomią mówił, że to norma), problemów w stylu ile optymalnie kupić mozarelli (algorytm nie istnieje!) i rodziną, dla której kompletnie nie miałam już czasu. Dalej starałam się być obowiązkowa i ciągnęłam, walczyłam, aż ….. upadłam. Mój organizm zbuntował się i odmówił współpracy. Gdy doszłam do siebie, spędziałam kilka dni na rozważaniu, co jest dla mnie najważniejsze i … podęłam decyzje. Sprzedałam knajpkę – wszak marzenie zrealizowałam :). Zrozumiałam, co jest dla mnie NAPRAWDĘ ważne i w czym jestem NAPRAWDĘ dobra. Zrozumiałam też, że mniej to więcej – polecam lekturę książki “Sztuka prostoty” Dominique Loreau. Pracuję w korporacji, bo w niej mogę rozwinąć skrzydła realizując coraz bardziej złożone projekty nie przejmując się drobiazgami. Okazało się, że nie muszę wcale wszystkiego robić perfekcyjnie, by spełniło oczekiwania :):):) Weekendy są święte – tylko dla mnie i rodziny. 2 razy w roku wyjeżdżam na warsztaty rozwojowe, by wzmocnić kontakt ze SOBĄ i naturą. W domu otaczam się kawiatami i dbam o wspólne posiłki, gdy tylko jesteśmy wszyscy na pokładzie. Gdyby nie spełnione marzenie i co najważniejsze UPADEK, nie znalazłabym się tu i teraz z poczuciem, że nie muszę wybierać między życiem i pracą w korporacji. Dla mnie i to i to jest OK. Tyle, że każdy z nas dokonuje indywidualnego wyboru … Powodzenia “m”!!! Dekoruj! Czyń świat piękniejszym … Szukaj … Eksperymentuj … tylko wtedy masz szanse by znaleźć SWOJĄ równowagę :):):)

    Reply

  5. Bogdan Dąbrowski
    25 lipca 2011 @ 15:11

    Dziękuję bardzo za miłe słowa dotyczące samego bloga.

    Temat samomotywacji podjąłem z tego względu, że coraz częściej spotykam się z tą problematyką na najwyższych półkach zarządzania, co też i ma odpowiednie konsekwencje nie tylko dla samych ‘bezpośrednio zainteresowanych’, ale i dla podległych pracowników i dla firmy. Powodem zaistnienia tej problematyki jest nierzadko wypalenie zawodowe, ale o tym – niestety – w wielu firmach nie można nawet napomknąć, bo jest to temat tabu. W innych przypadkach, to całkiem po prostu trudny, ale naturalny moment (proces) samoznajdywania się, typowy dla danej fazy życia, który powinien przebiegać wg. zasady, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Pytanie tylko, ilu pozostaje zabitych, a ilu wzmocnionych po przeprowadzeniu tego procederu samorefleksji. 🙂

    Z ciekawością przeczytałem Państwa komentarze, które pokazują i potwierdzają podobne kierunki myślenia.

    Biorąc pod uwagę, że w Polsce szeroko rozpowszechnione jest udawanie się na intelektualną emeryturę już w wieku około lat czterdziestu (czytałem niedawno takie badania, ale nie wspomnę niestety już gdzie? :)), tzn. m.in. ludzie wykształceni przestają w tym wieku stawiać sobie ambitne zadania, czy oczekiwania, można wyciągnąć wniosek, że jednak pozostaje więcej ‘zabitych’ na tzw. placu intelektualnego boju. Tym bardziej więc, wydaje mi się tego typu dyskusja na czasie. 🙂

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *