Dzieci z faveli nie myślą o przyszłości

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Wojciech Kurda: Pomyślałem sobie, że trochę światła na to, dlaczego nie chcemy myśleć o przyszłości, może rzucać przykład eskapizmu z najnowszej książki Filipa Springera poświęconej współczesnej urbanistyce. Opisuje w niej swoje starania skontaktowania się z osobami mieszkającymi na podmiejskich osiedlach domków jednorodzinnych, żeby porozmawiać o tym, jak im się żyje w takiej przestrzeni. Po wielu trudach udaje mu się porozmawiać z osobą, która mówi tylko tyle, że nie chce o tym rozmawiać, bo myślenie o tym, w jakie bagno się wpakowała, popsułoby jej humor na kilka dni. Usilnie stara się o tym nie myśleć, żeby móc jako tako funkcjonować.

Często unikamy myślenia o przyszłości, bo przeraża nas teraźniejszość.

Joanna Stępień: Ale to też doskonale pokazuje, że niemyślenie o przyszłości skutkuje ogromnymi problemami. Jeśli już jesteśmy przy temacie urbanistyki – Springer dobrze w swojej książce pokazuje, z jakimi kosztami wiąże się ten urban splurge w polskim wydaniu: i na poziomie indywidualnym (inwestycja, która miała być oszczędnością, okazała się być studnią bez dna, mam na myśli tutaj koszty benzyny, kolejnego samochodu), i na poziomie społecznym (w tych wszystkich nowych dzielnicach trzeba zadbać o całą infrastrukturę – kosztem np. zdrowia i edukacji). Świadomość tego paraliżuje – zamiast rozsądnego myślenia funkcjonuje zasada jakoś to będzie, ale kiedy i ona przestanie działać, oni i ich dzieci będą na prostej drodze do załamania nerwowego.

Wojciech Kurda: Dokładnie. Podobnie jest jak spojrzymy w skali makro. W sytuacji, kiedy mamy do czynienia z kryzysem społecznym (wiele instytucji przestaje działać), kryzysem politycznym (partie, państwa, organizacje międzynarodowe nie radzą sobie z problemami), kryzysem gospodarczym (mija piąty rok kryzysu), kryzysem edukacyjnym (szkolnictwo nie radzi sobie w nowych czasach) i kryzysem ekologicznym (poważne zagrożenie dla planety), to rzeczywiście strach myśleć o przyszłości. Rośnie też przekonanie, że nie ma sensu w takich warunkach wybiegać dalej.

To trochę tak, jakby pytać dziecko w brazylijskiej faveli o to, czy myśli o przyszłości. Przyszłość?! To nawet nie jest odsuwany temat – taka myśl po prostu nie ma jak się pojawić, kiedy żyje się w ciągłym ryzyku i zagrożeniu. Myślę o tu i teraz i żeby trochę pohulać, nim wszystko trafi szlag.

Joanna Stępień: Ale też właśnie brak myślenia o przyszłości do tego wszystkiego doprowadził… Jakiś czas temu czytałam artykuł o think tanku gospodarczym prowadzonym przez Jerzego Hausnera – niezależnie od tego, kto taki zespół prowadzi, uważam takie inicjatywy za bardzo pożyteczną rzecz, właśnie dlatego, że w efekcie ich prac rozpatrywane są różne scenariusze wydarzeń – politycznych, gospodarczych, społecznych, oraz możliwe reakcje na nie. Myśl z tego artykułu była o tyle niepokojąca, że podobno wśród rządzących think tanki (ale nie polityczne przechowalnie „swoich”) nie cieszą się taką popularnością – wolą decyzje podejmować intuicyjnie, „bo przecież świat i tak szybko się zmienia”. No tak, myślenie scenariuszowe nigdy nie było mocną stroną polityków i to im zawdzięczamy część codziennej niepewności.

Albo spójrzmy na ostatnie informacje o malejącej liczbie widzów niegdyś najpopularniejszego programu informacyjnego, czyli „Faktów” TVN. Pojawiają się różne tłumaczenia – oczywiście trochę zabrał Internet, trochę stacje tematyczne, ale dla mnie odejście jednej czwartej widzów (czyli miliona osób) świadczy o poważnym kryzysie. Sami są sobie winni – wyjaśnianie tego, co się dzieje w kraju i na świecie i pokazywanie związków tych wydarzeń z sytuacją widzów zastąpiło poszukiwanie taniej sensacji i obowiązkowe materiały o pani Zdzisławie, która wyhodowała wielką pieczarkę. Co mądrzejsi widzowie z braku oferty uciekli, a w kategorii głupot i skandali programy informacyjne nigdy nie pobiją wykreowanych specjalnie do tego celu mediów. Krótkoterminowo może taka strategia obniżania jakości się sprawdzała, ale długoterminowo nikt nie wygra na tym polu z tabloidami i internetem. Dla mnie jest to też konsekwencja braku głębszej refleksji nad teraźniejszością – tego, co się dzieje z rynkiem mediów, co zmienia się w jego otoczeniu, jakie potrzeby mają widzowie i co możemy zrobić, żeby ich zatrzymać przy sobie na dłużej. Nie ma przemyślanych i rozsądnych działań – jest pogoń za mirażem codziennych słupków oglądalności i gaszenie pożarów, gdy są one za niskie.

Wojciech Kurda: Myślę, że to podstawowy problem, który poruszyliście już z panem Bogdanem we wcześniejszych rozmowach.

Brak struktury dla rozumienia tego, co się dzieje teraz powoduje właśnie, że toniemy w morzu faktów, nieistotnych informacji i szumu komunikacyjnego.

Jedyne do czego to prowadzi, to coraz większa apatia w patrzeniu na przesuwający się ciąg obrazów i rosnący strach, który zamyka na bodźce i na budowanie sobie obrazu rzeczywistości. Bez takiej struktury, która byłaby podstawą, trudno wybić się myślą dalej – na przykład w przyszłość.