Te dwa oblicza Jacka (jeszcze prezesa) – Historia na urlop…

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

 

Dzisiejszy przeciętny prezes firmy, to ma się tak do idealnego prezesa, jak Trump do Macrona – pomyślał Jacek, prezes zarządu jednego z międzynarodowych koncernów, lecąc samolotem do Warszawy, po spotkaniu w centrali.

Dwa tygodnie temu wrócił z urlopu z rodziną nad morzem, tym razem Bałtyckim, bo rodzina już znudzona do bólu egzotyką Karaibów, Malediwów… . Na urlopie miał wielką dyskusję ze swoją żoną na temat sensu ich pracy i nie tylko. Tę dyskusję spowodował czytany wtedy przez Kasię, Dostojewski. Stąd, Nietoczka  Niezwanowa znalazła się teraz w jego bagażu. W hotelu, przez dwa wieczory, zdążył ją już prawie do końca przeczytać, a teraz naszły go nagle refleksje.

Macron właśnie wygrał pierwszą rundę wyborów parlamentarnych i Francja jakby oszalała. Spiegel pisze o Makromanii, a on wraz z kolegami z innych krajów, czy z centrali, tak w przerwach spotkań, jak i przy lunchach, nie zostawili na Macronie nawet suchej nitki. Stara żona, pedał, nieudacznik, w rządzie mu nie wyszło, brak pojęcia o gospodarce, ale przede wszystkim, jaki goguś, jaki mięczak, a nie tak jak oni, chłopy z jajami. Prawie takie huzary, jak sam wielki Trump. Może nie do końca we wszystkim, ale czysto biznesowo na pewno.

Cechy charakteru Trumpa, myślał Jacek, zostały przez media odmienione już chyba przez wszystkie przypadki. Jak funkcjonuje i jaki jest jego główny cel działania: Deal or no deal! Po trupach!

I Jacek tak robił i wszyscy jego koledzy, nie tylko z jego koncernu. Trump był dla nich wzorem przecinaka, a takiej właśnie postawy oczekiwały od nich ich Trumpy w centralach.

Czy istnieje w takim razie jakakolwiek różnica pomiędzy dzisiejszymi przeciętnymi prezesami, czy przeciętnymi członkami zarządu, a Trumpem? Jacek główkował. Chyba tylko jedna – wielu z nich chciałoby być Trumpem, ale Trump z pewnością nie chciałby być jednym z nich. Dla niego pewnie, to są w większości tylko  sami przegrani , którzy kompletnie nie mają ani władzy, ani wielkiej kasy i muszą być posłuszni górze, bo inaczej… fire. Takich pachołków tylko się wykorzystuje do własnych celów, albo wynocha.

Nagle Jacek chciał tylko jednego: Natychmiast wstać i wyciągnąć z torby Dostojewskiego, ale musiał niestety czekać, dopóki nie zgasną światełka ‚zapiąć pasy’. Przez dziesięć minut próbował sobie przypomnieć jeden fragment, ale co mu wpadło do głowy, to nie za bardzo po kolei.

Wreszcie. Podskoczył z fotela i w trzy sekundy zabrał się do poszukiwania tego fragmentu. Zabrało mu to trochę czasu, ale w końcu go znalazł.

–Ale dlaczego byłaś zawsze taka dumna?
–Byłam właśnie głupia, Nietoczka. To nachodzi mnie czasami; tak to jest, a nie inaczej. I zawsze byłam na ciebie zła.
–Ale dlaczego?
–Bo sama byłam złym człowiekiem. Najpierw byłam na ciebie zła, bo jesteś lepsza ode mnie; potem dlatego, że papa cię bardziej kocha…*

Jacek zrobił się czerwony. Uświadomił sobie, że tak właściwie, bo naprawdę, to nienawidzi Macrona za to, że ten miał tyle odwagi. Odwagi do zmieniania stanowisk, jak mu tylko nie pasowały, do stawiania się przełożonym, nawet prezydentom, czy premierom. Nienawidził go za to, że był taki inny, niż inni, że upierał się przy tej inności, że szukał mądrych ludzi, którzy go wesprą, mających kręgosłup, a nie przytakiwaczy i judaszy, że potrafił intelektualnie, emocjonalnie ich przekonać do własnych idei i w końcu z taką siłą pociągnąć ich za sobą.

Ale najbardziej Jacek nienawidził z całej duszy Macrona za to, że może się to wszystko mu udać. 

Do Jacka nagle trafiło, że z tego, co Macron potrafi, on praktycznie nie potrafi niczego.

Inteligencje, empatia i najwyższej klasy rozsądek to, jak ostatnio gdzieś zasłyszał, będą teraz pożądane cechy menedżera. Macron je posiada, on nie.

Poczuł, że ostatnie kilkanaście lat swego życia spędził w jakimś intelektualnym i emocjonalnym tunelu.

Wszystkie te atrybuty dla niego nie istniały, bo nie pasowały do oczekiwań, które wobec niego stawiano.

Te lata, to jedno wielkie ignorowanie przez niego wszelkich bodźców, które mogłyby zaburzyć to jego tak zawężone pole widzenia. I nie chodzi tylko o te wprost zasadnicze bodźce, bo naukowe i sprawdzone, ale i te społeczne, płynące od bezpośrednich podwładnych i współpracowników.

To też nie było ani inteligentne, ani empatyczne ani rozsądne.

Jacek nagle uświadomił sobie, że jeżeli Macronowi rzeczywiście się uda i jeszcze więcej ludzi przekona do siebie i pójdą oni za nim, to jego dni jako prezesa, czy nawet zwykłego menedżera są policzone.

Tak, jak w oczywisty sposób są policzone dni jego mistrza – samego wielkiego Trumpa.

 

* Tłumaczenie autora z wydania w języku niemieckim.