A więc digitalna transformacja jest już za Tobą?

  • 1
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    1
    Udostępnij

 

Coraz więcej dociera do mnie głosów, że co my z tą digitalną transformacją, że przecież wszyscy są już w temacie mocno zaawansowani, a projekty zbliżają się do szczęśliwego rozwiązania.

Z drugiej strony praktycznie co tydzień jestem konfrontowana z coraz to nowymi analizami (IDC Research, Genpact, PwC, Deloitte) oraz raportami, które wskazują na to, że większość realizowanych obecnie digitalnych transformacji jest skazana na porażkę, ba! że było wiadomo, że czeka je klęska od ich samego początku, od momentu, gdy ktoś pomyślał d jak… digitalizacja.

Dlaczego? Czyżby wszyscy szykowali się na słynne Fail’n’Learn Nights * i stąd takie przekonanie o tym, że proces jest zaawansowany?

Wiem, że nie wszyscy znajdują w swoim zabieganym świecie czas na wnikliwą lekturę wspomnianych raportów, wiem, że nie dla wszystkich są one ekscytujące (choć – w kontekście tematu oraz jego wartości  – oczywiście powinny).  Wiem też, że współcześnie wszyscy poszukują prostych odpowiedzi.

I choć w temacie digitalnej transformacji trudno o proste odpowiedzi ( i wymagają one lektury nie tylko owych raportów), to akurat dzisiaj, wyjątkowo, można się o takową pokusić.

Otóż:

Korzystanie przez firmę z dobrodziejstw nowych technologii jeszcze bardzo, bardzo długo nie oznacza, że przeszła ona transformację, która pozwoli jej z powodzeniem funkcjonować w świecie tak dramatycznie zmienionym przez owe technologie.

Albo jeszcze prościej:

Technologie ≠ digitalna transformacja

Tylko że większość tych pewnych siebie i skazanych na porażkę stawia między technologiami i transformacją znak równości.

A przecież:

Digital w marketingu to nie digitalna transformacja. To świetnie, że wykorzystujesz influencerów na Instagramie, by promowali Twoje batoniki wśród klientów, ale co zrobisz, gdy nagle owi klienci przestaną robić zakupy w marketach (i przestaną podejmować impulsywne decyzje odnośnie przekąsek)? Czy jesteś gotowy na zmianę podejścia do sprzedaży / kontaktów z sieciami handlowymi / w ogóle swojego modelu biznesowego?

Nowa strona www to też nie digitalna transformacja.

Ani jakakolwiek appka (którą Word uporczywie zmienia mi na papkę – przypadek, nie sądzę) dla klienta. Tak, nawet ta z grą. Zwłaszcza jeśli większość gier reprezentuje sobą poniższy poziom.

Oczywiście, nie ma nic złego w wykorzystywaniu narzędzi opartych na nowych technologiach do kontaktu z klientami, pod warunkiem, że rzeczywiście traktujemy je jako narzędzia, które czemuś służą, a nie jako początek i koniec drogi do zmian w firmie. Żadna appka nie zmieni doświadczenia klienta, jeśli wewnątrz firmy wszystko pozostanie po staremu.

I nie to, wcale nie oznacza, że wobec tego trzeba wdrożyć appkę dla pracowników. Tak, nawet tą z modułem grywalizacyjnym, rzekomo budującym zaangażowanie. Swoją drogą, jakież trzeba mieć w sobie pokłady desperacji, by decydować się na takie metody, by osiągać takie cele?! Wirtualne nagrody nie przekładają się na motywację. Klikanie, mizianie i tarmoszenie smartfona nie przekłada się na większą identyfikację z firmą, na wyższy poziom zaangażowania, który objawia się chociażby gotowością do zachwycania klienta. W żaden sposób nie naprawi to relacji na linii firma-pracownik, ani jakiejkolwiek innej relacji. Gdyby tak było, wszyscy terapeuci rodzinni już dawno zostaliby zastąpieni konsolą playstation.

Tak, nawet appka, która pozwala codziennie badać nastroje wśród pracowników, nie jest digitalną transformacją. Jest natomiast doskonałym sposobem na pozyskanie kompletnie niewiarygodnych danych od coraz bardziej wkurzonych ludzi.

Digitalną transformacją nie jest też nowy intranet, nawet ten z pracowniczym portalem społecznościowym. Otwartości, podstawowej cechy firmy z powodzeniem funkcjonującej w erze digitalizacji, nie zbuduje się w firmie, dając pracownikom możliwość uzupełnienia swojego profilu oraz aktualizowania swoich statusów. Gwoli ścisłości – o ile takiemu intranetowi / portalowi nie towarzyszy większa zmiana kulturowa w realnym świecie; wówczas – jako wspierające narzędzie komunikacji – sprawdza się znakomicie. Gdyby jednak było to powszechną praktyką, IDC Research, Genpact, PwC itp. nie publikowałyby z taką częstotliwością, tak alarmujących raportów.

Nie, e-learning też nie jest digitalną transformacją. W teorii – jest to świetne narzędzie do przekazywania wiedzy, np. o nowych produktach firmy. W praktyce –  jest to świetne narzędzie do oszczędzania na rozwoju pracowników. Tak, tych pracowników, których brak kompetencji tak daje się we znaki w zmaganiach z digitalnymi konkurentami. Jeśli przenosisz rozwój kompetencji zarządczych i społecznych w świat wirtualny i jeszcze nazywasz to transformacją firmy, to szykuj się na wielki error 404.

I tak ogólnie: dodawanie prefiksu e- przez dowolnymi określeniami z rzeczywistości firmowej też nie jest digitalną transformacją.

Co mi przypomniało: aktualizacja systemu też nie jest digitalną transformacją.

Wreszcie, z trochę innego, choć też technologicznego podwórka. Digitalną transformacją nie jest też zorganizowanie eventu dla / ze start-upami. Oczywiście, od takich firm można zaczerpnąć mnóstwo inspiracji, można się wiele nauczyć i wiele w firmie pod ich wpływem zmienić na lepsze – o ile jest do tego gotowość, na wszystkich frontach (weźmy chociażby wizyty studyjne ING w siedzibie Spotify). W praktyce – transfer wiedzy kończy się na zrobieniu zdjęcia kadry menedżerskiej z prelegentem w obowiązkowych czerwonych trampkach oraz garści hashtagów (ach! i na sprzedaży aplikacji dla pracowników z grą budującą zaangażowanie).

Kończąc tę wyliczankę:

Digitalną transformacją nie będzie jakikolwiek inny projekt, który opiera się wyłącznie na wdrożeniu technologii (których zazwyczaj się nie rozumie) i pomija takie kwestie jak komunikacja, kultura, czy kompetencje menedżerów i pracowników (bo tych zazwyczaj też się nie rozumie).

Są takie projekty natomiast, jak wspomniałam, świetnym materiałem na Fail’n’Learn nights, albo Fuck Up Nights*. To nic, że powtarzalne, ale za to jakie spektakularne!

* Fail’n’Learn Nights lub Fuck Up Nights to wydarzenia organizowane zazwyczaj, jak sama nazwa wskazuje, wieczorową porą, niekiedy w formie otwartej, np. dla specjalistów danej branży, niekiedy w formie zamkniętej – wewnątrz firmy, podczas których odważni prelegenci dzielą się z uczestnikami swoimi błędami, porażkami oraz lekcjami, jakie z nich wyciągnęli (https://fuckupnights.com/)

 

I na koniec potrudzę po raz kolejny Lampedusę:

„Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko musi się zmienić.”

Na Sycylii nie chciano w to uwierzyć i skończyło się na zacofaniu i potwornej biedzie. Również na mafii.  A w firmach, o których tutaj mowa, silne wewnętrzne klany już są. Klany, którym bardzo na tym zależy, aby było, tak jak było.