Ciemna strona upraszczania

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Przeczytałam ostatnio bardzo ciekawy felieton Sybille Berg w Spieglu. Niemiecka pisarka odniosła się w nim do coraz silniejszej tendencji do unikania przez większość ludzi tego, co trudne i złożone.

W przeciwieństwie jednak do wielu, którzy za ten stan rzeczy obwiniają komputery i internet, Frau Berg odpowiedzialnością za to obarcza nas samych.

Świadczy o tym chociażby niesłabnąca popularność literatury kuchennej i poradnikowej (lektura ostatniego rankingu bestsellerów przejmuje dreszczem), wysokie czytelnictwo Bilda w Niemczech, czy Faktu u nas, a także szerokie rzesze oglądających komediantów i innego rodzaju wygłupy w prime-time’ach ogólnokrajowych stacji telewizyjnych. Zdaniem Berg jest to coś, co pomaga wielu uporać się z rosnącą kompleksowością świata, coraz bardziej niepewną przyszłością i jakoś przepękać do następnego dnia.

Większość woli unikać w swoim życiu kompleksowości, co nieuchronnie prowadzi do banalności.

Krótkoterminowo, na pewno daje to poczucie bezpieczeństwa – temu właśnie służą schematy poznawcze, przekonania, że dobro zwycięża zło, po burzy wychodzi słońce, brzydkie kaczątko wyrośnie na piękną królewnę, dziecko z biednej rodziny wygra talent show itd. itp. Zagrożenie polega jednak na tym, że takie upraszczanie świata w dłuższej perspektywie coraz silniej oddala od rzeczywistości. I gdy nadejdzie taki moment, gdy niebo spadnie na głowy, shit will hit the fan, umiejętność poradzenia sobie z nowym stanem rzeczy, ze zmianami, z zaburzeniami, u takich osób będzie zerowa, ze względu na absolutny brak wcześniejszego przygotowania na różne, nie tylko cukierkowe scenariusze.

Czasem takie życie w micie przybiera dosyć wysublimowane formy – w podobnym duchu, co Berg, napisany był artykuł z amerykańskiego portalu Salon.com o zadziwiającej popularności osób promujących kreatywność. W dosyć zabawny sposób autor zastanawia się, jak to się dzieje, że branża kreatywna (pisarzy, dziennikarzy, osób tworzących reklamy) ma się najgorzej od kilkudziesięciu lat, a z drugiej strony książki, filmy i guru od kreatywności przeżywają prawdziwy renesans.

Analiza bestsellerów poświęconych rozwijaniu tej świętej umiejętności oraz popularnych wykładów TED, ich banalność, powtarzanie tych samych przykładów kreatywnych ludzi (zawsze musi to być Bob Dylan i Andy Warhol) i niemówienie o tym, jak rzeczywiście wygląda obecna sytuacja kreatywnych, doprowadziła go do jednego wniosku – nie jest to literatura naukowa (do czego oczywiście aspiruje), ale literatura przesądu, w której wszystko się udaje, biedny student tworzy przełomowe wynalazki w mgnieniu oka, a dobro zwycięża zło.

Brzmi znajomo, prawda?

Jego zdaniem bajki o kreatywności taką popularność zawdzięczają pragnieniu jej grupy docelowej (specjalistów, menedżerów itp.), by myśleć o sobie, jak o kimś, kto mógłby być kreatywnym geniuszem. Oglądanie wystąpień TED oraz lektura książek o odkrywaniu wewnętrznego Einsteina lub Steve’a Jobsa, poszukiwanie inspiracji w 7 sposobach do osiągnięcia szczęścia, czy 4 nawykach dobrego menedżera zwiększają ich poczucie bezpieczeństwa i również pomagają im przeżyć kolejny dzień w robocie.

Nadmierna konsumpcja powyższego i wiara w to zamiast na sukces, przekłada się jednak na postępujące oderwanie od rzeczywistości.

Wniosek z lektury? Rzucić wszystko i ruszyć pędem do biblioteki po Kierkegaarda?

Niekoniecznie.

Ale na początek przyjrzeć się bliżej, czy to, co robimy, nad czym się zastanawiamy, co czytamy, co oglądamy, rzeczywiście i konstruktywnie redukuje niepewność, czy jest może raczej łatwą drogą ucieczki przed nią.