Czas wyborów: Prekariat, społeczeństwo strachu i… menedżer

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Czy menedżerowi grozi prekariat? Dlaczego współcześnie dominującym nastrojem w społeczeństwie jest strach? Dlaczego Angelina Jolie nadal zgarnia największą kasę? W rzeczywistości ani nie jest o tak wiele ładniejsza, ani nie gra o tak wiele lepiej, żeby zarabiać o tak wiele więcej, niż tysiące aktorek, z których niejedna jest i ładniejsza i lepiej gra. A menedżer?

Rozmowa z Bogdanem Dąbrowskim, Konsultantem Zarządzającym w GFMP Management Consultants.

Czy rozkwit prekariatu to czysto polska specjalność?

To zjawisko ma miejsce też i w innych krajach. Fakt ten powinien sugerować, że powody są do poszukiwania nie tylko na poziomie własnego kraju, ale i na poziomie międzynarodowym, tzn. w szerszych kontekstach społeczno-ekonomicznych, np. globalizacji, zmianie systemów wartości społecznych, czyli rozwojowi społeczeństwa, digitalizacji itd.

Globalizacja wymusza m.in. ale i przede wszystkim ogromną konkurencję cenową, stąd też i presja w firmach na cięcie kosztów, ale co takiego zmieniło się społecznie?

Mniej więcej 45 lat temu rozpoczęło się w świecie zachodnim odchodzenie od klasycznych systemów wartości, które wtedy wynosiło się z domu, systemu edukacyjnego, a utrwalało w ramach danego cechu rzemieślniczego, czy w ramach kodeksu zachowań innych profesji, np. lekarzy, adwokatów, etc. Innymi słowy, zaczęło przebijać się hasło – nie ważne jest, kim jesteś, skąd pochodzisz, a ważne są tylko twoje osiągnięcia, czyli w efekcie tzw. self-made man.

Co było bezpośrednim powodem przebicia się tego nowego?

Młodzi mieli dość ogromnej kastowości, która uniemożliwiała przebicie się w życiu bez przynależności do danej kasty, bez odpowiedniego pochodzenia i uznali, że to właśnie te konserwatywne wartości blokują ich w życiu, stąd też i słynne rewolucje obyczajowe, które przelały się przez Paryż, Berlin i inne miasta zachodniego świata w 1968 roku i kolejnych latach.

Przyniosło to społecznie bardzo wiele pozytywnych efektów, aż do mniej więcej lat dziewięćdziesiątych, gdy rozpoczęto, a przede wszystkim media, urynkawiać dotychczas ściśle prywatne obszary życia ludzkiego, co swój punkt kulminacyjny osiągnęło w urynkowieniu ludzkich uczuć.

Dużo o tym pisała izraelska profesor socjologii – Eva Illouz.

Jak wyglądało to urynkawianie?

Przede wszystkim na tworzeniu rankingów wszystkiego i wszystkich. Czy to miało jakikolwiek sens, czy nie, bo ludzie lubią się porównywać i media to odkryły, jako złotą żyłę. I tak mamy pierwszy i jeden z najgłówniejszych powodów dzisiejszej sytuacji, że na portalach randkowych/matrymonialnych wyliczamy sobie punkty wartościujące kandydata, czy kandydatkę na naszego partnera, co wprost ekonomizuje nasze intymne relacje. Oczywiście bardziej pasuje nam, gdy podliczamy kogoś, a o wiele mniej, gdy podlicza się nas, szczególnie, gdy wychodzi nam malutka ilość punktów.

No, ale i dla tych z malutką ilością punktów wynaleziono w mediach nagrodę pocieszenia – talk show.

W nim można było nie mieć nic mądrego do powiedzenia, wyglądać jak strach na wróble, ale można i trzeba było zaistnieć poprzez performance, czyli oryginalne przedstawienie, poprzez np. opowiadanie niewiarygodnych głupot, czy wręcz prezentowanie własnej patologii, a że bez jakiejkolwiek substancji, to już nie ważne. Ci, którzy to oglądali, czuli się również bardzo dowartościowani. Bo, im głupsi uczestnicy talk show, tym łatwiejsze było dojście do wniosku: No, ja przecież nie jestem taki durny, jak oni, więc jestem całkiem o.k. Od tego momentu właśnie zaczęło się zanikanie znaczenia tzw. elit, czyli jakichkolwiek autorytetów i liczenia się z ich opinią.

Czy to urynkawianie kończy się na prekariacie?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, należałoby jeszcze spróbować określić, co jest cechą dominującą u ludzi, którzy wylądowali w prekariacie. Ale wcale nie musimy się tak bardzo wysilać, bo zrobił to całkiem niedawno niemiecki profesor socjologii Heinz Bude.

Tą cechą jest – strach.

Ale dla smutnego pocieszenia, ta cecha dotyczy również pozostałych części społeczeństwa.

Co ma urynkowienie uczuć wspólnego ze strachem?

Urynkowienie uczuć, to był początek, a później propagowanie pewnych postaw, najczęściej właśnie poprzez rankingi. Postaw, które nie miały nic wspólnego z wiedzą, doświadczeniem, własnymi, nawet wybitnymi osiągnięciami, tylko akurat z omówionym przeze mnie wcześniej trafnym, bo efektownym przedstawieniem, które najczęściej jest wysoko nagradzane. Profesor Bude mówi, że nie liczy się to, co się do tej pory liczyło, a to że moje przedstawienie było dzisiaj udane, wcale nie oznacza, że będzie takie jutro. Podaje tutaj przykład Angeliny Jolie, która zajmuje przeważnie pierwsze miejsca w rankingach (porównaniach w mediach) wszelkiego rodzaju i zgarnia za to największą kasę. W rzeczywistości ani nie jest o tak wiele ładniejsza, ani nie gra o tak wiele lepiej, żeby zarabiać o tak wiele więcej, niż tysiące aktorek, z których niejedna jest i ładniejsza i lepiej gra. I tak, dzięki rankingom liczy się tylko numer jeden, a numer dwa, czy trzy, nie mówiąc już o całej reszcie, przyzwoitych ludzi z całkiem przyzwoitymi osiągnięciami już się nie liczy (jako przykład – finansowo opłaca się być Yo-Yo Ma, ale niekoniecznie bycie setnym najlepszym skrzypkiem na świecie, boleśnie odczuwamy to np. na przykładzie Filharmonii Warszawskiej).

Amerykańscy ekonomiści Frank i Cook znaleźli na to określenie, które korzysta z tytułu piosenki Abby – społeczeństwo zwycięzcy, który bierze wszystko.

To właśnie spowodowało, że ludzie (menedżerowie, ludzie pragnący kariery) zaczęli stawiać na te efektowne przedstawienie – zaczęli koncentrować się tylko na tym, co przyniesie aplauz, a w konsekwencji nagrodę. Takie osoby nazywa się zewnętrznie sterowanymi charakterami. Liczy się tylko odbiór zewnętrzny odgrywanych ról i najczęściej nie są to wyrażone poprzez zewnętrzne autorytety formy obyczaju i przyzwoitości, jak i nie na drodze pełnych wewnętrznego konfliktu osobistych procesów kształcenia, uwewnętrznione normy i wartości.

Co w konsekwencji oznacza, że prekariatem jest zagrożony też i ten, kto jeszcze dzisiaj w nim nie jest, kto jeszcze dobrze plasuje się np. w wewnątrzfirmowych rankingach wszelkiego rodzaju, ale niestety, nie posiada żadnego kręgosłupa.

Czy podobny strach, jak u ludzi zaliczających się do prekariatu odczuwa też dzisiaj dobrze prosperujący przedsiębiorca, lekarz, adwokat, polityk, czy menedżer?

Większość z nich wie, że jutro już tej pozycji może nie mieć, może wypaść z rankingu, którego kryteria zmieniają się prawie codziennie. Jest tylko jedna różnica: Oni do tego strachu za żadne skarby świata się nie przyznają, bo to by oznaczało ich koniec. Ich przedstawienie, jako człowieka sukcesu, a tylko ten się liczy, przestałoby być wiarygodne i najczęściej oznaczałoby koniec pieśni. Ale tak właściwie, to boją się o wiele bardziej, niż prekariusze, którzy nie mają nic do stracenia, a jedynie do ugrania.

Prekariusze ugrali nowego prezydenta?

Profesor Bude, jakby przewidział tę sytuację, bo mówi że, jeżeli ktoś już przyzna się do strachu, a to właśnie uczynili samo nazywający się prekariusze, to nabiera wiarygodności. Kto uczyni strach uzasadnieniem swojego bycia ‘przeciw’, nabywa prawo – szczególnie wtedy, gdy dzieje się to w imieniu innych, którzy nie mają odwagi, nie mają głosu, albo samej sytuacji jeszcze nie rozumieją. Strach może sprawić wielkie kłopoty kierownictwu państwa, firmy, czy cywilnej organizacji.

Innymi słowy: przyznanie się do własnego strachu może kogoś uczynić słabym prywatnie, ale silnym publicznie.

Strach, który jest przedstawiany w publicznych debatach jako argument, w zasadzie nie podlega argumentacji. Paradoks komunikacji strachu polega na tym, że autentyczność ekspresji funkcjonuje często na koszt jego sensownego uzasadnienia. Czy strach jest w ogóle komunikowalny? Do przeżywania strachu przynależy to poczucie bycia pozostawionym samemu sobie, z odczuciem – wszystko się wali i nic się nie trzyma kupy. Wg Heideggera, strach to nic złego, ale przesłanką do tego myślenia jest postrzeganie go, jako wewnętrznego pozbierania, czy poukładania samego siebie. Jednak, gdy milczenie o strachu zostaje przełamane publicznie, wtedy już niczego nie muszę jako jednostka wyjaśniać i wtedy strach przestaje być wadą, a staje się pewnego rodzaju odznaczeniem.

Strach już nie dzieli jednostek, lecz łączy je w całość.

I tak można wyróżnić 3 typy emocjonalnego przywództwa, które są możliwe w takich sytuacjach: demagog, mąż stanu i urzędnik. Demagog intensyfikuje strach ludzi i rzuca im kozła ofiarnego przed nogi, któremu można przypisać całą winę, np. rząd, prezydent, prezes firmy, szef instytucji. Urzędnik zagłusza strach, oferując obraz społecznej rzeczywistości, w którym brakuje niepokojących i zagrażających części (Komorowski, Merkel). A Mąż stanu wskazuje, gdzie w rzeczywistości znajduje się fundament strachu i jak pomimo tego można obchodzić się ze strachem, bez przeklinania całości (Willy Brandt). Którym z nich jest Prezydent Duda? Można się domyślać, ale czas pokaże.

A jak to wygląda w firmach?

Strach sparaliżowanych nim menedżerów, powoduje paraliż firm. Firmy dzisiaj, to nie te same firmy z lat dziewięćdziesiątych, czy nawet początku tego wieku. Mówi się wiele o innowacji, ale w ogóle się jej nie tworzy i nie wprowadza. Tnie się tylko koszty i to próbuje się nazywać innowacją. A istnieje stare powiedzenie, że jak się nie wsadzi (zainwestuje), to i się nie wyjmie. Innowacja np. w firmie mleczarskiej, będącej pewnie pod presją cenową supermarketów, polega na dolaniu wody do serka wiejskiego, którego opakowanie dawniej starczało na 10 kanapek, a teraz, po odlaniu tej wody, na cztery. Przykład banalny, ale przekładalny na wszelkie branże.

Dlaczego innowacja dzisiaj praktycznie nie ma miejsca ?

Bo innowacja wymaga podjęcia ryzyka, a na to dzisiaj nie ma nikt ochoty, bo, uważa, że zbyt wiele ryzykuje własną karierą, gdy coś się nie uda.

Właściwie jest to śmieszne, bo akurat za to – umiejętność podejmowania ryzyka – jest się menedżerem i za to dostaje się większe niż inni pieniądze.

Przeciętny dzisiejszy menedżer jest więc reaktywny, a nie aktywny. Reaguje, a nie przewiduje i planuje, ale nigdy się do tego nie przyzna, tak jak się nie przyzna do tego, że jest zewnętrznie, a nie wewnętrznie sterowany. Dzisiejszy menedżer, przede wszystkim, zabezpiecza się. Prawdziwa kultura innowacji w firmie wymaga przede wszystkim wiarygodności, otwartości, zaufania, możliwości identyfikacji z celami firmy, prawdziwej współpracy i dopiero wtedy ma szansę powstać innowacja. A zewnętrznie sterowany menedżer nigdy tego nie stworzy.

Zatem dzisiejszy menedżer wcale nie zarządza (zgodnie z definicją zarządzania) lecz tylko administruje, bo o wiele bezpieczniejsze są dla niego rygorystyczne procesy, procedury, tabelki?

I to najlepiej skamieniałe. Dobre też są matryce w strukturze, bo świetnie rozmywają odpowiedzialność Najlepszym przykładem są te idiotyczne bankowe infolinie, na których można się dowiedzieć wszystkiego, tylko akurat nie tego, czego trzeba. Bo klienta ma się najczęściej głęboko w nosie. Wszystko, co się da, digitalizuje się, mechanizuje, a tak nie powstaje innowacja.

Do innowacji jest potrzebny człowiek funkcjonujący w kulturze firmowej, robionej nie na pokaz i na jednym posiedzeniu zarządu, wg przyniesionego przez firmę doradczą gotowego schematu, tylko tworzy się ją na co dzień, kierując się opisanymi przeze mnie wcześniej składowymi.

Menedżerowie stają się również digitalni?

Tutaj mamy jeszcze głębsze niż właśnie nazwana mechanizacja, nawiązanie do tego trzeciego, wymienionego przeze mnie na początku powodu zagrożenia prekariatem – digitalizacji. Psychiatra Prof. Joachim Bauer mówi w tym kontekście o wprost zanikającej dzisiaj zdolności samosterowania jednostki, która żyje zdigitalizowanie, tzn. jest codziennie wystawiana na wiele digitalnych bodźców, które też i wymagają szybkiej reakcji. W ten sposób zanika w mózgu neuronalne podłoże umiejętności refleksji i przewidywania, a to przynosi w konsekwencji trudności z tworzeniem własnej tożsamości, jak i z rzeczywiście kreatywnym działaniem.

A coraz więcej menedżerów funkcjonuje wg schematu bodziec – reakcja.

Są ciągle zarobieni – bieganiną digitalną, robieniem przedstawienia, ale absolutnie nie są sprawczy.

W takim razie nie jest to najlepszy sposób na ustrzeżenie się przed prekariatem?

Jest to wręcz swego rodzaju dopalacz, czy inaczej silnik rakietowy na drodze w tym kierunku. Badania przeprowadzane przez MIT w zeszłym roku pokazały, że pracownik mający za przełożonego człowieka lub robota, preferował robota – uzasadnienie: on lepiej mnie rozumie. Pytanie, czy to tak dobrze świadczy o robocie, czy może tak źle świadczy o menedżerze – maszyn w byciu maszyną nie dogonimy, a i one stają się bardziej ludzkie od nas.

A co robi większość polskich menedżerów?

To zależy od stopnia ich osobistego pogubienia. Ci, którzy nie stawiali i nie stawiają tylko na to rzeczone efektowne przedstawienie, lecz na głęboki i długoterminowy rozwój, zawsze wiedzieli, że jest to długoterminowa inwestycja i nic im nie grozi, a przez to i nie byli i nie są pogubieni. A ci pogubieni, którzy najchętniej korzystali z coachingu, najczęściej tworzącego tylko nowe iluzje, zamiast burzyć dotychczasowe, którzy najchętniej uczyli się między wieloma innymi technikami, technik manipulacji, widząc, jak im podobni, jeden po drugim teraz lecą ze swoich stanowisk i…. lądują właśnie w objęciach prekariatu, zaczynają się nerwowo przyglądać tym mądrzejszym i poszukiwać materiału do budowy własnego wewnętrznego fundamentu (kręgosłupa, którego do tej pory nie mieli), bo zaczynają dostrzegać, do czego doprowadza przedstawienie i wewnętrzna digitalizacja.

Strach więc mobilizuje efektywnie, ale tylko wtedy, gdy nie czujemy się ofiarą i oby nie było za późno.