Manuele zarządzania

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

 

Życie prywatne, jak i życie zawodowe przebiega w sinusoidach.

Raz jest się na górce, raz w kompletnym dole.

Ostatnie dziesięć lat, koncerny sprowadzały, tak pracowników, jak i swoje firmy, konsekwentnie do dołu, osiągając przy tym mniejsze, czy większe wyniki.

Wyniki, zwane krótkoterminowymi.

I nagle, jak to przy sinusoidach jest oczywiste, pojawiło się zapotrzebowanie na odwrotność tego, co do tej pory prezesi typu Manolo (hiszpański amant, wykonujący zawodowo najczęściej prace manualne i według procedury, zwanej manualem, głęboko przekonany o swojej ogromnej atrakcyjności i sile przebicia) czynili:

  1. Kompletnie ignorowali klienta, postrzegając go jedynie za dojną krowę
  2. Agresywnie rozwijali kontrolę wszystkiego i wszystkich
  3. Idiotycznie standaryzowali, co się tylko dało
  4. Cięli koszty, jak popadło, często wbrew logice
  5. Skasowali prawdziwą edukację tak dla siebie, jak i reszty, ich zdaniem, tumanerii, w którą i tak nie opłaca się inwestować.
  6. Ignorowali, w oczywisty sposób, wszelkie argumenty, który wychodziły poza tajemnice dodawania, odejmowania, etc.

Ich specjalnością była – redukcja.

Według zasady:

Jak nie wydać, a zarobić.

Ignorowali przy tym jedną, najważniejszą zasadę:

JEŻELI SIĘ NIE WSADZI, TO I SIĘ NIE WYJMIE!

A tutaj:

Kooperacja jest obecnie motorem sukcesu (na kilkunastu płaszczyznach, nawet między dotychczasowymi konkurentami).

I o tym trąbi każde poważne źródło

Ale Manuele postrzegali i postrzegają kooperację, jako chorobę zakaźną.

Budulcem i fundamentem kooperacji jest zaufanie.

O tym nie ma na lekcjach dodawania i odejmowania, ale pomimo tego jest to fakt. Nawet jeżeli zaufanie kojarzy się Manuelom z dżumą i cholerą jednocześnie.

Jest to i zawsze był podstawowy paradygmat zarządzania w kapitalizmie i nie tylko, ale jednowymiarowe zarządzanie takiego aspektu nie obejmuje.

Rola koncernów zmienia się obecnie od producentów, wzg. usługodawców, na prawdziwych partnerów.

Tylko że:

Partnerstwo, w każdym sensie, było do tej pory postrzegane przez Gwiazdy Redukcji jako kompletna naiwność.

Ale:

Walka o łaskę konsumenta, talenty i przewagę innowacyjną czyni wynalazczym.

Dlatego też firmy, które chcą nie tylko przetrwać, ale i odnosić sukcesy, z wprost ponaddźwiękową prędkością zmieniają swoje dotychczasowe podejście do biznesu, na tzw. ekonomicznie zintegrowane.

A:

dotychczasowe modele można już spokojnie porównywać do skamieliny lub, jak kto woli, firmy tak zarządzane, do domku zeżartego przez termity, który wkrótce się rozsypie. To wszechobecne zabieganie w firmach, nie ma już nic wspólnego z tzw. gaszeniem pożarów, bo to czyniono jeszcze 3-4 lata temu. Teraz, biega się już bez jakiejkolwiek koncepcji. Ot, byleby latać i w ten sposób udowadniać swoją przydatność, która tak właściwie nie istnieje. W firmach z trafną koncepcją nie ma zalatania. Bo każdy wie, co i dlaczego powinien robić.

Manuele o nowym modelu biznesowym nawet nie chcą słyszeć. Dostając napadów przerażenia, najczęściej chowają swoje głowy w piasek. Wyspecjalizowani w jednym – redukcji, zapomnieli przygotować się do drugiego, a drugie (kolejny i nowy model zarządzania) zawsze jest o 180 stopni inne od poprzedniego.

Dołek sinusoidy czeka, tak jak śmierć w Samarkandzie na wieloletniego sługę.

 

PS Przy ewentualnie powstałej potrzebie wyjaśnienia znacznie większej ilości zależności kluczowych czynników sukcesu w erze digitalnej transformacji, jesteśmy do dyspozycji.