Jak najszybciej pozbyć się pewnych prezesów?

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zaparzyć herbatę, usiąść i czekać – przy ich obecnych nastawieniach sami się wkrótce unicestwią

„Nasi pracownicy są dla nas najcenniejsi” – tego typu hasła są stałym elementem komunikacji firmowej, ulubionym momentem wielu prezesów, gdy mogą pokazać swoją „ludzką” twarz. A potem znowu w ten wizerunek uderza rzeczywistość. Tym razem w postaci wyników grudniowego badania Korn Ferry Institute, przeprowadzonego wśród 800 najwyższych menedżerów z 8 krajów.

Otóż 64% badanych uważa, że ludzie w ich firmach generują przede wszystkim koszty, nie wartość.

Aż 67% jest przekonanych, że mogą liczyć na większą efektywność ze strony technologii niż ze strony ludzi.

Te wyniki przypominają mi o badaniach MIT, o których pisałam już wielokrotnie –  które pokazują, że ludzie wolą być zarządzani przez maszynę niż przez człowieka. W świetle wyników Korn Ferry Institute – trudno im się dziwić.

Autorzy raportu wskazują na pewnego rodzaju zafiksowanie na technologii, digitalizacji wśród najwyższej kadry menedżerskiej. Przyczyn doszukują się w presji ze strony inwestorów – 40% menedżerów uczestniczących w badaniu wskazało, że inwestowanie w nowe technologie jest absolutnie priorytetem nr 1.

I takiej orientacji top menedżerowie szukają też u swoich podwładnych. Do najważniejszych cech liderów, których zarządzający chcieliby pozyskać do swojej firmy, zaliczają: rozumienie organizacyjnej transformacji przez technologie oraz znajomość technologii.

Najmniej istotne jest rozumienie ludzi i kultury. Jak ma się dokonać ta transformacja organizacji bez uwzględnienia kultury i perspektywy pracowników, pozostaje zagadką.

Takie zafiksowanie się na technologiach jest sporym ryzykiem, bo zniechęceni i zdemotywowani (bo traktowani jako koszt) pracownicy mogą stać się poważnym problemem dla swoich firm, a ich niezadowolenie może odbić się np. na jakości obsługi klienta (od której w przypadku technologii zwłaszcza oczekuje się, że będzie najwyższa), zaufaniu do marki i firmy (przypominam – pracownik jest postrzegany jako najbardziej wiarygodne źródło informacji), czy wreszcie na samych tych technologiach, które firma ma ambicje rozwijać (a które same się jeszcze nie tworzą). Stwierdzenie, że to przecież ludzie tworzą technologie, trąci sporym banałem, ale w świetle takich wyników, też musi się tu pojawić.

W jednym z moich ostatnich postów pisałam o tym, jak spora część ludzi (według Barometru Zaufania Edelmana) boi się, że mają niewystarczające kompetencje, by dotrzymać kroku obecnemu tempu innowacji. Menedżerowie biorący udział w badaniu Korn Ferry Institute nie pozostawiają złudzeń – 44% z nich jest przekonanych, że robotyzacja, automatyzacja i sztuczna inteligencja uczynią ludzi „w dużej mierze nieistotnymi” w przyszłym świecie pracy.

A bać się powinni  jeszcze bardziej i przede wszystkim sami szefowie  – gdy zabraknie w firmach ludzi, oni sami też nie będą potrzebni.

O wiele sensowniejsza wydaje się być  dlatego propozycja tego, by wesprzeć ludzi w nadążaniu za tą coraz bardziej skomplikowaną rzeczywistością.

Po pierwsze – dzięki kompetentnym ludziom prezes rzeczywiście ma szansę przeprowadzić digitalną transformacją organizacji (która nie ograniczy się tylko do wprowadzenia cyfrowych narzędzi, ale będzie polegać m.in. na zupełnie innej kulturze pracy). Po drugie – stwarza to realną szansę zatrzymania antysystemowego resentymentu w większości zachodnich krajów, w których to ludzie doskonale zdają sobie sprawę (i bez badań!), jaką mają wartość dla swoich szefów.

Ostatnio, w publikacji The Economist, poświęconej właśnie konieczności zwiększenia nacisku na lepszą ofertę rozwojową firm dla swoich pracowników, przeczytałam, że „organizacje nie tworzą już talentów, tylko konsumują ich pracę.”

Dopiero gdy zmieni się ta mentalność, będzie można w 100% na serio traktować deklaracje zarządzających o tym, jak to „ludzie są dla nich najważniejsi”.

W przeciwnym razie faktycznie już niedługo prezesi nie będą mieli czego szukać w swoich firmach.